Niedawno byłem w aptece, żeby uzupełnić strategiczne zapasy różnych preparatów standardowo przepisywanych małym atopikom (2 x Elidel, 2 x Aerius) i paru kosmetyków (jakaś emulsja z filtrem UV, coś jeszcze i specjalny, “atopowy” krem do powiek – to pomysł Mamy Małej M., ja bym na to nie wpadł).
Zostawiłem w tej aptece prawie pięć stów.
Ja rozumiem, że to starczy na dość długo (przynajmniej Elidel), ale cholera… pięć stów za kilka małych fiolek, słoiczków i tubek? Na wagę nie było tego pewnie nawet pół kilo!
Przypomniało mi to o refleksji, która naszła mnie jakiś czas temu: z czysto ekonomicznego punktu widzenia, nikt nie jest zainteresowany, aby atopowe zapalenie skóry wyleczyć.
- Koncerny farmaceutyczne i kosmetyczne dostają w osobie chorego na atopowe zapalenie skóry klienta idealnego: jak “dobrze” pójdzie, będzie on potrzebował emolientów, sterydów i leków immunosupresyjnych przez całe życie, aby jakoś radzić sobie z tą uciążliwą chorobą. Uciążliwą, ale nie poważną: przy odpowiednim podejściu można skutecznie minimalizować ryzyko powikłań. Oczywiście “odpowiednie podejście” oznacza intensywne wykorzystywanie odpowiednich leków i kosmetyków. W ekonomicznym interesie koncernów jest leczyć, ale nie wyleczyć.
- Podobnie sprawa ma się z lekarzami – ci z kolei zyskują pacjentów z niejednokrotnie dożywotnim “abonamentem”
- jedyną stroną, która ma ekonomiczny interes w tym, aby atopowe zapalanie skóry wyleczyć (a nie: zaleczać), jest rząd / skarb państwa. Co prawda znakomita większość preparatów na AZS nie jest refundowana, ale za wizyty pacjentów w państwowych placówkach płaci właśnie państwo. Niestety, podejmując decyzje, rządzący rzadko kierują się interesem ekonomicznym.
